No, nie jestem, więc trochę o maturach. Moja była 49 lat temu. Kasztany kwitły, jak oszalałe... Z polskiego oczywiście piątka, z matematyki - o dziwo - trójka. Widać Pani Profesor od matematyki była dla mnie wyjątkowo życzliwa, co do dziś wspominam z ogromną wdzięcznością. Wieloletni "narzeczony", który przygotowywał mnie do tego egzaminu, przyjął ciekawą strategię wyjaśniania mi sposobu rozwiązywania równań (pamiętam, że chodziło o logarytmiczne). Otóż jeśli w pierwszej linijce jest tak, to w kolejnej musi być tak. Na pytanie: "Dlaczego"? usłyszałam, że zrozumienie tego jest poza moim zasięgiem i mam zapamiętać schemat. No i dzięki temu mam maturę! Potem były jeszcze ustne z polskiego i rosyjskiego.
Dokładnie 22 lata później w tej samej szkole zdawał mój syn. Byłam bardzo wzruszona.
Siedem lat temu zdawała Najstarsza Wnuczka. Od zawsze miała specyficzne podejście do nauki, więc i maturę potraktowała lekko. Oczywiście zdała.
Rok temu przyszedł czas na Średnią. Świetna sportsmenka, doskonała uczennica, której zawsze zależało na ocenach, więc i stres był spory. Jej i nasz. Oczywiście też zdała.
Za kolejnych sześć lat będzie zdawał Najmłodszy. Jeśli jakoś dobrnie do tego etapu, bo ten z kolei uczy się tylko tego, co go zaciekawi. Uczy się, docieka, studiuje, zaskakuje wiedzą, sprzecza się z nauczycielami o fakty. W tym czasie resztę szkolnej wiedzy traktuje po macoszemu. Z takim podejściem może mieć problem w szkole średniej.
Jestem z nich wszystkich bardzo dumna. Świat się zmienia, zasady matury się zmieniają, a stres i duma rodziców i dziadków ciagle jest taka sama. I kasztany...